Półki z jajami w największych polskich sieciach handlowych zaczynają świecić pustkami, a eksperci ostrzegają, że to dopiero początek poważnego kryzysu podażowego. Problem nie jest chwilowy i wynika z nałożenia się dwóch kluczowych czynników: masowej likwidacji stad kur nieśnych z powodu grypy ptaków oraz polityki największych detalistów, którzy całkowicie wycofali się ze sprzedaży jaj klatkowych.
Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz (KIPDiP) podaje dramatyczne dane: w ciągu zaledwie sześciu tygodni pogłowie kur nieśnych w Polsce zmniejszyło się o co najmniej 5 milionów sztuk. To niemal 10% krajowego potencjału produkcyjnego. Choć Polska jest 5. producentem jaj w Unii Europejskiej, załamanie podaży uderzyło w segment najbardziej pożądany przez sieci handlowe – jaja z alternatywnych systemów chowu.
Katarzyna Gawrońska, prezeska KIPDiP, ostrzega, że w najbliższych tygodniach konsumenci muszą przygotować się na dalsze braki i wzrost cen. Wielkie sieci, takie jak Biedronka, Lidl czy Kaufland, które zadeklarowały sprzedaż wyłącznie jaj ściółkowych, z wolnego wybiegu lub ekologicznych, nie mają obecnie żadnego bufora bezpieczeństwa. Co gorsza, wirus grypy ptaków jest szczególnie aktywny w obecnych warunkach zimowych, co utrudnia szybką odbudowę stad.
Skala kryzysu. Jak grypa ptaków zredukowała krajową produkcję?
Wirus grypy ptaków (HPAI) uderzył w polskie fermy z niespotykaną intensywnością, stając się jednym z największych zagrożeń dla krajowego drobiarstwa. W ciągu ostatnich 6 tygodni konieczna była likwidacja stad liczących łącznie ponad 5 milionów kur nieśnych. Jest to strata niemal 1/10 całego polskiego pogłowia przeznaczonego do produkcji jaj. Wirus nie wybierał losowo, lecz ze szczególną siłą dotknął fermy utrzymujące kury w alternatywnych systemach chowu.
To kluczowa informacja, ponieważ to właśnie jaja ściółkowe, z wolnego wybiegu i ekologiczne są obecnie jedynymi, które trafiają na półki dużych marketów. Wirus, który dobrze znosi ujemne temperatury, jest trudny do zwalczenia. Jak podkreśla KIPDiP, jedyną skuteczną metodą jest bioasekuracja, a w przypadku wykrycia zakażenia – natychmiastowa i całkowita likwidacja stada. Odbudowa ferm to proces trwający miesiącami, co oznacza, że problem braku podaży nie zniknie szybko.
Paradoksalnie, choć w magazynach polskich producentów zalegają miliony jaj klatkowych, które stanowią blisko 68% krajowej produkcji, nie mogą one trafić do największych odbiorców. Markety, kierując się polityką dobrostanu zwierząt, odcięły się od tego największego źródła podaży. W efekcie, gdy kryzys wirusowy uderzył w mniejszościowy segment rynku (jaja alternatywne), handel detaliczny znalazł się w pułapce bez wyjścia.
Bojkot jaj klatkowych. Dlaczego markety odcięły sobie bufor bezpieczeństwa?
W ostatnich latach, pod wpływem presji organizacji prozwierzęcych i zmieniających się trendów konsumenckich, największe sieci handlowe w Polsce – w tym giganci tacy jak Biedronka, Lidl czy Kaufland – publicznie zadeklarowały rezygnację ze sprzedaży jaj klatkowych. Ta decyzja, choć podyktowana troską o wizerunek i dobrostan, została podjęta bez stworzenia odpowiedniego planu awaryjnego na wypadek kryzysu podażowego.
Polska struktura produkcji jaj jest silnie oparta na systemie klatkowym, który stanowi aż 67,7% całkowitej podaży. Jaja ściółkowe to 23,8%, z wolnego wybiegu 7,1%, a ekologiczne zaledwie 1,4%. W momencie, gdy wirus HPAI zdziesiątkował przede wszystkim stada alternatywne, markety nie mogły już sięgnąć po jaja klatkowe, które stanowią bufor bezpieczeństwa na większości rynków.
Katarzyna Gawrońska z KIPDiP mówi wprost o „klasycznej sytuacji niedostosowania popytu do podaży” i zarzuca menadżerom sieci handlowych brak odrobienia lekcji z zarządzania ryzykiem. Skutek jest natychmiastowy: w sklepach brakuje jaj, a konsumenci wracają z pustymi rękami. Markety, które publicznie zadeklarowały bojkot, stoją teraz przed dylematem: przyznać się do błędu i wrócić do sprzedaży jaj klatkowych, czy czekać, aż ceny jaj alternatywnych wystrzelą w górę.
Dwa rynki jaj. Ceny rosną, ale nie dla wszystkich producentów
Obecna sytuacja doprowadziła do podziału polskiego rynku jaj na dwa odrębne i nierównoważne segmenty. Z jednej strony mamy jaja alternatywne, których brakuje, a ich ceny hurtowe gwałtownie rosną, co jest bezpośrednio odczuwalne przez konsumentów. Z drugiej strony są jaja klatkowe, których jest nadmiar i których ceny spadają, ponieważ nie mają one dostępu do głównego kanału dystrybucji, czyli dużych sieci handlowych.
Producenci jaj klatkowych ponoszą obecnie straty, ponieważ ich produkty zalegają w magazynach. Jednocześnie rosnące ceny jaj alternatywnych nie rekompensują całkowitej straty podażowej. W tej sytuacji Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz postuluje najprostsze rozwiązanie, które mogłoby natychmiast złagodzić kryzys dostępności i cen.
„Najlepszym sposobem na pomoc konsumentom byłoby czasowe dopuszczenie do sprzedaży jaj klatkowych we wszystkich miejscach, gdzie nie można ich dziś kupić” – proponuje prezeska Gawrońska. Taki ruch nie tylko przywróciłby pełną dostępność produktu, ale także obniżyłby ogólne ceny, dając konsumentom wybór, a producentom – możliwość sprzedaży zalegającego towaru. Jednak sieci handlowe, obawiając się wizerunkowej porażki i reakcji organizacji prozwierzęcych, na razie milczą i nie chcą rezygnować z publicznie złożonych obietnic.
Zagrożenie importem. Czy polskie jaja zastąpią dostawy z Turcji i Brazylii?
W obliczu braku możliwości szybkiego uzupełnienia krajowych zapasów jaj alternatywnych, istnieje realne ryzyko, że sieci handlowe zdecydują się na masowy import z zagranicy. Już teraz na rynku pojawiają się oferty jaj z Ukrainy, Turcji, a nawet odległej Brazylii. Decyzja ta może mieć poważne konsekwencje zarówno dla polskich producentów, jak i dla konsumentów.
KIPDiP ostrzega, że import spoza Unii Europejskiej, choć może wydawać się szybkim rozwiązaniem problemu pustych półek, wiąże się z niższymi standardami sanitarnymi i hodowlanymi. Przepisy dotyczące dobrostanu zwierząt i kontroli weterynaryjnej w krajach poza UE są często znacznie mniej rygorystyczne niż te obowiązujące w Polsce i pozostałych państwach członkowskich.
Jeśli markety wybiorą import zamiast powrotu do sprzedaży polskich jaj klatkowych, konsumenci staną przed paradoksem: zapłacą wyższą cenę za produkt potencjalnie gorszej jakości, pochodzący z odległych krajów. Jednocześnie polscy producenci, mimo że mają w magazynach miliony jaj, stracą rynek zbytu. Sytuacja ta uderza w wiarygodność i stabilność polskiego sektora drobiarskiego, który jest jednym z największych eksporterów w Europie.
Praktyczne wskazówki. Jak kupować jaja w czasie kryzysu podażowego?
Dla konsumentów robiących zakupy w dużych sieciach handlowych, najbliższe tygodnie będą wymagały cierpliwości i elastyczności. Pustki na półkach i rosnące ceny jaj alternatywnych to nowa rzeczywistość. Aby zminimalizować negatywne skutki kryzysu, warto zastosować kilka praktycznych strategii:
- Szukaj alternatywnych punktów sprzedaży: Mniejsze sklepy osiedlowe, Żabki, a także stacje benzynowe, często nie podpisały deklaracji o rezygnacji z jaj klatkowych. W tych miejscach dostępność produktu może być stabilniejsza.
- Sprawdzaj pochodzenie: Wzrost cen jaj alternatywnych jest naturalny przy deficycie, ale bądź ostrożny, widząc drastycznie zawyżone ceny. Zawsze sprawdzaj kraj pochodzenia. Jaja z krajów spoza UE mogą nie spełniać wysokich standardów jakości, do których przyzwyczaili się polscy konsumenci.
- Rozważ zakup bezpośredni: Targowiska i lokalni rolnicy sprzedający jaja bezpośrednio mogą być teraz najlepszym źródłem zaopatrzenia. Omijasz w ten sposób pośredników i problemy z zarządzaniem ryzykiem przez handlowych gigantów.
- Kupuj z zapasem: Jaja przechowywane w lodówce zachowują świeżość przez kilka tygodni. W sytuacji niestabilnych dostaw, zakup większego opakowania w dobrej cenie pozwoli uniknąć codziennego stresu związanego z poszukiwaniami.
Obecny kryzys na rynku jaj to dobitny przykład, jak nałożenie się czynników naturalnych (wirus) i decyzji biznesowych (polityka sieci handlowych) może destabilizować podstawowy segment rynku żywnościowego, prowadząc do niedoborów i wzrostu cen dla finalnego konsumenta.

