Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu nowelizacji tzw. ustawy cyfrowej wywołała jedną z najgorętszych burz politycznych początku 2026 roku. Choć intencją przepisów była skuteczniejsza walka z nielegalnymi treściami w sieci, głowa państwa uzasadniła weto obawami przed wprowadzeniem mechanizmów administracyjnej cenzury. W praktyce oznacza to, że proces legislacyjny został zatrzymany, a polskie instytucje nie otrzymają nowych, szerokich uprawnień do natychmiastowego nakazywania platformom internetowym usuwania materiałów.
Spór ten uderza w samo serce debaty o granicach wolności słowa w erze cyfrowej. Z jednej strony, koalicja rządząca alarmuje o straconym czasie i zagrożeniu dla bezpieczeństwa użytkowników, zwłaszcza dzieci. Z drugiej, prezydent i część opozycji wskazują na ryzyko, że zbyt szerokie uprawnienia urzędników mogłyby paraliżować swobodną debatę i narażać zwykłych obywateli na kosztowne batalie z aparatem państwowym.
Dla użytkowników internetu decyzja ta utrzymuje dotychczasowy stan prawny, ale jednocześnie zapowiada dalszą, ostrą konfrontację polityczną dotyczącą przyszłości regulacji treści w polskiej sieci. Rząd musi teraz zdecydować, czy spróbuje odrzucić prezydenckie weto w Sejmie, czy też przystąpi do opracowania zupełnie nowego projektu ustawy, co może zająć wiele miesięcy.
Jakie uprawnienia dla urzędników zablokował prezydent
Zawetowana nowelizacja miała znacząco rozszerzyć kompetencje dwóch kluczowych instytucji: Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE) oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT). Przepisy zakładały, że urzędnicy tych organów mogliby wydawać wiążące nakazy blokowania lub usuwania treści, które dotyczyłyby 27 ściśle określonych kategorii czynów zabronionych.
Lista tych czynów była obszerna i obejmowała zarówno ciężkie przestępstwa, jak i naruszenia o charakterze cywilnym. Wśród nich znalazły się m.in.: propagowanie ideologii totalitarnych, nawoływanie do nienawiści (ze względu na pochodzenie, wyznanie, narodowość), groźby karalne, znieważanie, a także naruszenia praw autorskich i nielegalna sprzedaż towarów. W zamyśle projektodawców, miało to stworzyć szybką i skuteczną ścieżkę reagowania na treści szkodliwe i niezgodne z prawem, bez konieczności długotrwałego oczekiwania na wyroki sądowe.
Prezydent Karol Nawrocki w swoim uzasadnieniu weta podkreślił, że choć cel walki z nielegalnymi treściami jest słuszny, to proponowane metody stanowią zbyt dużą ingerencję w konstytucyjne prawo do swobody wypowiedzi. Jego zdaniem, mechanizm administracyjny, zamiast sądowego, dawałby urzędnikom zbyt arbitralną władzę. Obywatel, którego treść zostałaby usunięta na mocy decyzji administracyjnej, musiałby następnie dochodzić swoich racji w skomplikowanej procedurze odwoławczej, stając w konflikcie z aparatem państwowym.
Spór o cenzurę: Argumenty obu stron
Decyzja o wecie natychmiast zaostrzyła podziały na scenie politycznej. Koalicja rządząca uznała weto za działanie czysto polityczne, które stawia interesy partyjne ponad bezpieczeństwem w sieci. Krytycy wskazują, że ustawa była długo konsultowana, a część poprawek zgłaszanych przez Kancelarię Prezydenta miała zostać uwzględniona w trakcie prac parlamentarnych.
Politycy Koalicji Obywatelskiej, tacy jak Dariusz Joński, argumentowali, że ustawa miała kluczowe znaczenie dla ochrony dzieci przed szkodliwymi treściami i że konsekwencje decyzji prezydenta będą długofalowe dla bezpieczeństwa w polskim internecie. Tomasz Trela z Lewicy stwierdził wprost, że weto było podyktowane chęcią przypodobania się części środowisk opozycyjnych.
Z drugiej strony, politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji bronili decyzji głowy państwa. Mirosława Stachowiak-Różecka (PiS) argumentowała, że ustawa „szła za daleko” i dawała nieuzasadnioną władzę nie tylko urzędnikom, ale także organizacjom pozarządowym, które mogłyby zgłaszać treści do blokowania. Łukasz Rzepecki z Konfederacji ocenił, że przepisy naruszały fundamenty wolności wyrażania poglądów.
Ten polityczny impas uwidacznia trudność w znalezieniu złotego środka: jak skutecznie walczyć z mową nienawiści, dezinformacją i przestępczością w sieci, nie stwarzając jednocześnie furtki do nadużyć i ograniczania legalnej, choć niewygodnej dla władzy, krytyki.
Konsekwencje weta dla obywateli i platform internetowych
Najważniejszą konsekwencją weta dla przeciętnego użytkownika internetu i dla samych platform jest utrzymanie status quo. Oznacza to, że:
- Polskie organy państwowe, takie jak UKE czy KRRiT, nadal nie mają uprawnień do natychmiastowego nakazywania globalnym platformom (jak Facebook, X, czy YouTube) blokowania treści na podstawie decyzji administracyjnej.
- Walka z nielegalnymi treściami w dużej mierze opiera się na dotychczasowych procedurach sądowych (które są czasochłonne) oraz na wewnętrznych regulaminach samych platform (zasady moderacji).
- Obywatele nie muszą obawiać się, że ich opinia w internecie zostanie usunięta na podstawie szybkiej decyzji urzędnika, z którą musieliby walczyć w trybie administracyjnym.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa, eksperci wskazują, że brak nowych przepisów oznacza, iż Polska nie wykorzystuje w pełni możliwości walki z cyberprzestępczością i dezinformacją, które stają się coraz poważniejszym zagrożeniem. Z drugiej strony, zwolennicy weta podkreślają, że bezpieczeństwo nie może być osiągane kosztem wolności.
Teraz piłka leży po stronie rządu. Aby wprowadzić regulacje, które miałyby poprawić bezpieczeństwo, musi on albo uzyskać większość 3/5 głosów w Sejmie (co jest mało prawdopodobne w obecnym układzie sił) i odrzucić weto, albo przygotować nową ustawę. Nowy projekt musiałby być na tyle zmodyfikowany, by rozwiać obawy prezydenta dotyczące cenzury, np. poprzez silniejsze osadzenie procedur w kontroli sądowej, a nie administracyjnej.
Niezależnie od dalszych kroków legislacyjnych, weto prezydenta Karola Nawrockiego stało się kluczowym punktem odniesienia w dyskusji o cyfrowej suwerenności i granicach ingerencji państwa w sferę prywatnych wypowiedzi. Spór o regulację internetu, który jest fundamentalny dla przyszłości polskiej demokracji, z pewnością będzie trwał przez najbliższe miesiące 2026 roku.

